10 stycznia 2012 • 01:50

jeśli spędzasz wieczory leżąc w łóżku z paczką skrętów, laptopem i kotem to wiedz, że coś się dzieje.
w moim przypadku dzieje się styczeń, który od paru lat powiela ten sam schemat.

pomimo najszczerszych chęci do zachowania pozorów kultury i ogłady wychodzi na wierzch mój parszywy charakter.

czekam na ostatni tydzień, tak jakby te 60 minut miało mnie uwolnić od demonów, które się zrobiły się bezczelne i nie chcą się zamknąć. ujadają w mojej głowie jak zdziczałe psy.
chcę mówić, mówić, gadać bez końca aż wszystkie słowa wypłyną na wierzch i nie będę musiała się nad niczym zastanawiać.
opuszczam budynek, wychodzę na parking i czuję się tak cudownie wyprana ze wszelkich konfliktów i niedorzecznych fantazji. jadę autobusem i mój wzrok ślizga się po kształtach i kolorach. nic nie czuję.
przez te 60 minut jestem wszystkim naraz. a potem przez kilka krótkich chwil jestem zupełnie nikim i staję się niesamowicie wolna.

lubię obserwować ludzi na początku roku.
ukazują oni wtedy swoją iluzję na temat tego co mogłoby się zmienić.

te wszystkie smutne nagłówki gazet, próbujące ci wmówić, że teraz właśnie jest czas na świeży start.
gdyby gdzieś istniał przycisk 'reset' to co najmniej połowa populacji maniakalnie napierdalałaby w niego chcąc usunąć swoje porażki.

a ja nie chcę być lepszym człowiekiem.
ludzie bez skazy są tak niesamowicie nudni.
są jak wyblakła farba na starym obrazie.
chodzą w kółko emanując tą cudowną nieświadomością.

hemingway twierdził, że szczęście i inteligencja zazwyczaj nie idą w parze.
stary pijak jak zwykle miał rację.


bla bla blahh x 0


..................

oh, silly.
..................

grafika - brian viveros